Jordania to kierunek planowany od kilku lat i nareszcie się udało. Aczkolwiek, jak się w trakcie okaże, też nie był to najlepszy moment.
Nasz wylot z Katowic do Aqaby miał miejsce o dość wczesnej porze i tym samym dał nam możliwość rozpoczęcia zwiedzania już pierwszego dnia. Zaliczyliśmy więc krótki spacer po tym portowym mieście, położonym nad zatoką Morza Czerwonego.
Wyruszyliśmy spod naszego hotelu, w którym mieliśmy do dyspozycji basen. Jednak temperatura powietrza nie zachęcała do kąpieli.
Zajrzeliśmy do pobliskiego meczetu,
a także na bazar, gdzie zapewne w ostatnim dniu zrobimy zakupy.
Należy jeszcze wspomnieć, że tym razem podczas wycieczki do kraju muzułmańskiego przyjechaliśmy podczas Ramadanu, co miało różne konsekwencje, np. takie puste w ciągu dnia ogródki kawiarniane...
W Aqabie, noszącej w Starożytności nazwy Elat i Ajla, można odnaleźć dowody na bardzo wczesny rozwój chrześcijaństwa. W 1997 roku amerykańscy archeolodzy natrafili na ślady, okazuje się najstarszego, kościoła chrześcijańskiego sprzed 1800 lat. Świątynia prawdopodobnie była siedzibą biskupa Ajli, który uczestniczył w Pierwszym Soborze Nicejskim w 325 roku. A przedmioty znalezione na terenie wykopaliska pozwalają sądzić, że datowana jest na 294 rok. Zobaczyć najstarszy kościół świata to jest coś.
Sceptycy powątpiewają czy wykopaliska są autentyczne, gdyż pokryte są warstwą takiego jakby utwardzacza. Faktycznie robi to wrażenie jakiejś sztuczności, lecz w przeciwnym razie, pewnie wszystko by się rozpadło. Ja jestem przekonana, że odkrycie jest autentyczne.
Następnego dnia po opuszczeniu Aqaby udaliśmy się w kierunku pustyni Wadi Rum, jednej z najciekawszych na świecie, oczywiście wpisanej na listę UNESCO. Po pustyni jeździ się jeepami, zatrzymując się w najpiękniejszych jej zakątkach.
Bardzo ciekawy wąwóz, jednak niebezpieczny do pokonania.
O tej porze roku nawet na pustyni można znaleźć coś kwitnącego.
Dla chętnych była możliwość pokonania części trasy na wielbłądach.
Pozostali mogli się uraczyć herbatką w bardzo klimatycznym miejscu.
Na koniec czekał nas wspólny posiłek w tradycyjnym jordańskim domu Beduina.
Zatrzymaliśmy się też na pobliskiej stacji kolejowej, nieczynnej od dłuższego czasu, podobnie jak i cała linia kolejowa.
Nocleg mieliśmy zaplanowany w miejscowości Wadi Musa, w pobliżu której znajduje się słynna Petra.
W naszym hotelu dominowało złoto.
No i od rana zaczęliśmy zwiedzanie tej wspomnianej jordańskiej perełki. Są to głównie ruiny miasta Nabatejczyków, którego rozkwit miał miejsce między III wiekiem p.n.e. a I wiekiem naszej ery. Tak na marginesie, ten znany nam z Biblii Herod Wielki miał matkę pochodzącą z Petry.
Nasze zwiedzanie zaczęliśmy od tzw. Małej Petry, gdzie jest o wiele spokojniej niż w tej części głównej.
Kozy alpinistki na skałach
A potem już duża Petra, którą można zwiedzać w zależności od swojej kondycji fizycznej. Trasy biegnące po śliskich kamieniach czy strome i kręte podejścia nie należą do bezpiecznych, więc z moimi możliwościami wolałam ograniczyć się do tras głównych.
Można było także skorzystać z podwózki konnej, wielbłądziej lub oślej.
Miasto powstało w tym właśnie miejscu, gdyż było to skrzyżowanie szlaków handlowych, był tu dostęp do słodkich wód podziemnych oraz dobre położenie obronne. Powierzchnia Petry to 3/4 obecnego Krakowa i wszystkie budowle typu świątynie i grobowce wykute są w skałach. Dotrzeć tam można głównie wąskimi wąwozami. Domów mieszkalnych nie ma, gdyż Nabatejczycy mieszkali głównie w szałasach lub, ci bogaci, w domach z wypalanej gliny, a te nie przetrwały. Miejsce jest niesamowite. Zwłaszcza urzekają kolory skał w różnym oświetleniu.
Chyba najpiękniejszy Skarbiec Faraona
I jeszcze taka ciekawostka. Kiedy w XIX wieku odkryto Petrę, w wielu grobowcach zamieszkiwali jordańscy Beduini, i to od stuleci. Z biegiem lat do Petry zaczęło zjeżdżać coraz więcej turystów, bywało że kręcono tu filmy (np. Indiana Jones) i Beduini nie pasowali do wizerunku tego miejsca.
Przesiedlono ich więc do pobliskich miasteczek. Jednak niektóre uparciuchy wróciły i idąc bocznymi trasami możemy natrafić na ich siedziby. Trudno uwierzyć, że potrafią żyć w takich warunkach. Podobno mają agregaty prądotwórcze i jakoś funkcjonują .
Wzdłuż głównej trasy spotyka się przeróżne punkty handlowe i gastronomiczne.
Można też zrobić charakterystyczny dla Beduinów makijaż oczu.
Po wieczornej regeneracji w klasycznym, tureckim hamamie, kolejnego dnia pełni energii wyruszyliśmy w kierunku stolicy Jordanii - Ammanu.
Pierwszy przystanek to Al-Karak, gdzie zwiedza się dość dobrze zachowane pozostałości zamku z czasów wypraw krzyżowych.
Twierdza powstała ok. 1142 roku na skale o wysokości 1000 m n.p.m. Zamek zasłynął jako siedziba Renalda z Châtillon, lecz już w 1188 r. został zdobyty przez znanego z historii sułtana Saladyna.
Jak widać na zdjęciach jest to tzw. dobrze zachowana ruina.
Kolejny punkt programu to góra Nebo, z której Mojżesz spoglądał na Ziemię Obiecaną.
Jednak wcześniej zatrzymaliśmy się w sporym centrum handlowo gastronomicznym.
Tu mieliśmy możliwość spróbowania typowej jordańskiej potrawy o nazwie mansaf. Jest to pyszna jagnięcina podawana z ryżem. Zjadłam ją tak szybko, że zapomniałam o zdjęciu. Jest więc tylko takie z karty dań.
Lecz najbardziej zachwycająca była oferta sklepu. Wjechaliśmy aktualnie w region słynący z mozaik i tych przedmiotów było w sprzedaży mnóstwo.
Były do kupienia meble, zastawa stołowa, obrazy, szachy i wiele innych, drobnych elementów.
W sklepie były też miejsca, gdzie rękodzielnicy mozolnie ozdabiali artystyczne przedmioty.
Można było też nabyć piękną odzież i biżuterię.
Potem już wspomniana góra Nebo, skąd przede wszystkim można popatrzeć na Morze Martwe, na Jerycho, a nawet zobaczyć obrzeża Jerozolimy.
Jest tu także Sanktuarium Mojżesza oraz pomnik z czasów wizyty Jana Pawła II w 2000 roku.
Można również zwiedzić niewielkie muzeum.
Pierwsze Sanktuarium w tym miejscu powstało w IV wieku, a rozbudowano je w VI.
Potem popadło w ruinę i dopiero franciszkanie odkopali je i odbudowali po 1932 roku. Obecny budynek wznosi się na pozostałościach tamtej bazyliki.
Bardzo ciekawy jest kamień, który służył do zamykania wejścia do najstarszej bazyliki.
Zanim dotarliśmy do naszego hotelu w Ammanie, zatrzymaliśmy się jeszcze na krótko w bardzo dużej manufakturze wytwarzającej dywany oraz przedmioty zdobione mozaiką.
Zaś kolejny postój miał miejsce w Madabie, gdzie odwiedziliśmy cerkiew św. Jerzego.
Świątynia ta słynie z dobrze zachowanych na podłodze fragmentów mapy datowanej na VI wiek, z opisami w języku greckim.
Makieta posadzki
Był to w sumie bardzo aktywny dzień.
W tym miejscu trzeba wreszcie napisać o niebieskookim królu Jordanii, którego portrety widuje się na każdym kroku.
Abd Allah II ibn Husajn, król Abdullah II zasiada na tronie od 1999 roku. Jest członkiem dynastii Haszymidów, uważanym za bezpośredniego potomka proroka Mahometa. Abdullah jest monarchą konstytucyjnym, ale posiada silną pozycję polityczną gwarantującą stabilność kraju w regionie. Nie da się nie zauważyć, że rysy twarzy jordańskiego monarchy nie są zbyt arabskie, a powodem tego faktu jest matka, z urodzenia nazywająca się Antoinette Avil Gardiner, która była narodowości angielskiej. Ojca Abdullaha II czyli Husajna I poznała na planie filmu Lawrence z Arabii. W Jordanii przyjęła imię Muna al Husajn co oznacza 'Marzenie Husajna". W trakcie małżeństwa, które niestety zakończyło się rozwodem, urodziła mu czwórkę dzieci. Tak więc po mamie obecny król ma niebieskie oczy, a Jordania pod jego rządami uważana jest za oazę spokoju.
Ciekawą postacią jest małżonka króla - Rania al Abd Allah, która jest z pochodzenia Palestynką, jednak jest kobietą bardzo nowoczesną i postępową, a na co dzień nie nosi stroju muzułmanki. Nie wszyscy są tym zachwyceni, lecz królowa ma wsparcie swojego małżonka i zupełnie tym się nie przejmuje. Jej sposób ubierania się plasuje ją w czołówce światowych ikon mody.
No i nadeszła sobota 28 lutego, kiedy to w naszym sąsiedztwie, a właściwie nad nami rozpoczął się izraelsko – irański konflikt zbrojny przy udziale USA. Dzień spędziliśmy kręcąc się po Ammanie i okolicy, ale nie będziemy ukrywać, że przez cały czas towarzyszył nam temat tego, co dzieje się ponad naszymi głowami.
Poruszanie się po mieście i poza nim odbywało się bez zakłóceń, wszędzie na pozór było normalnie, poza odzywającymi się co jakiś czas alarmami.
Zwiedzanie zaczęliśmy od cytadeli na terenie stolicy, gdzie zachowało się sporo starożytnych obiektów, lecz przede wszystkim można było podziwiać rozległą panoramę Ammanu.
Znajduje się tutaj także niezwykle interesujące muzeum.
Nasza impreza nosi nazwę Zamki z piasku Aqaby, dlatego pojechaliśmy w głąb pustyni w pobliże granicy z Arabią Saudyjską, aby obejrzeć Zamki Pustynne. Zanim jednak tam dotarliśmy, zatrzymaliśmy się przy bardzo ciekawym rozwidleniu dróg prowadzących na prawo do Arabii Saudyjskiej, a na lewo do Iraku.
Potem już przystanek w pierwszym pustynnym zamku Qsar Azraq, gdzie miał swoją bazę słynny Lawrence z Arabii. I od niego zaczęliśmy nasze zwiedzanie.
Przed zamkową budowlą znajdowało się bardzo ciekawe siedlisko. Być może jakiś strażnik tu mieszka?
Kolejny zamek pustynny to Qsar Amrah słynący z dobrze zachowanych fresków z ok. VIII w. n. e.
Tu była też okazja spróbowania kawy z kardamonem lub herbaty.
I na koniec Qsar al-Karaneh.
Tego dnia w porze obiadowej również mieliśmy okazję spróbować regionalnych dań, głównie szaszłyków w restauracji położonej niedaleko wymienionych wyżej obiektów.
Na koniec dotarliśmy do starożytnego miasta Dżerasz, gdzie podziwiać można pozostałości budowli z czasów rzymskich, na terenie którego znajduje się także bogato wyposażone muzeum.
Trzeba zwrócić uwagę, że o tej porze roku w Jordanii nawet na terenach pustynnych jest jeszcze zielono i kwitnąco.
Niezależnie od sytuacji nasz objazd musiał być kontynuowany, gdyż ostatecznie trzeba było wrócić na południe, do Aqaby.
Opuściliśmy więc Amman zwiedzając na koniec leżący na terenie stolicy Teatr Rzymski z czasów Antoniusa Piusa, wybudowany w II wieku n.e.
Znajdują się tu także dwa muzea regionalne.
Na ekspozycji coś żywego też się znalazło :)
Kolejny kierunek to rzeka Jordan, gdzie odwiedziliśmy prawdopodobne miejsce chrztu Jezusa Chrystusa.
To ogromne przeżycie dla każdego chrześcijanina. Byliśmy już w tym miejscu dokładnie 15 lat temu, ale po drugiej stronie Jordanu w izraelskim Qsar el-Jehud. Patrzyliśmy wtedy na przeciwny brzeg rzeki, a szczególnie ciekawiła nas wznosząca się tam cerkiew.
No i teraz udało się tu dotrzeć, o czym już wtedy zaczęliśmy marzyć.
Wnętrze cerkwi oraz sklep z pamiątkami
Po tych wzniosłych przeżyciach czekało nas kilka godzin relaksu nad Morzem Martwym. Zatrzymaliśmy się na ten czas w eleganckim hotelu Grand East z trzema basenami i plażą nad wspomnianym morzem.
Hotel jak widać niemal kompletnie opustoszał :(
Dostaliśmy ręczniki plażowe, więc mogliśmy skorzystać z kąpieli w tej słynnej „solance”, a także wysmarować się leczniczym błotem. No i nareszcie było pełne, cudowne słońce.
W kierunku Aqaby trzeba było jechać dłuższą drogą, bardziej oddaloną od granicy z Izraelem. Tam niestety, jak słyszało się w wiadomościach, było bardzo niebezpiecznie. Nasz pobyt tutaj miał kończyć się we wtorek 3 marca, ale już wtedy otrzymaliśmy informację, że nie polecimy do Polski z Aqaby, lecz z egipskiej Taby. Czekał nas więc transfer autokarem i promem do Egiptu. I na szczęście ten plan się udał.
Ostatni, pełny dzień pobytu w Jordanii był już tylko wypoczynkowy. Wykupiliśmy sobie rejs po Morzu Czerwonym i spędziliśmy na jachcie ok. 4 godzin. Słońce było bardzo fajne, ale temperatura raczej niewysoka z powodu wiatru.
Przeszło godzinę posiedzieliśmy na leżakach na górnym pokładzie, trochę na niższym.
Było też pomieszczenie zamykane, gdzie były do dyspozycji napoje, a pod koniec rejsu dostaliśmy obiad w formie bufetu.
Dla nas trochę mniej ciekawy był czas, gdy chętni mieli możliwość pływania w maskach i oglądania raf koralowych. Jacht stał na kotwicy i kręcił się w kółko.
A po południu robiliśmy zakupy, żeby wydać miejscową walutę, którą wymieniliśmy na początku wycieczki. Jutro razem z nami do kraju wraca 5 autokarów turystów z Polski, ale samolot Enter Air przylatuje po nas pusty... Większość hoteli już opustoszała, drobne sklepiki stracą wielu klientów, miejscowi przewodnicy zostają bez pracy, a nasi wracają do kraju. To po prostu dramat w tym turystycznym zakątku świata.
Ostatecznie dość późnym wieczorem wróciliśmy szczęśliwie do domu.
Można powiedzieć, że wyjechaliśmy na wycieczkę do Jordanii, a wróciliśmy z Egiptu. Biuro podróży Rainbow, z którego usług najczęściej korzystamy, spisało się wobec nas na medal. Duża w tym zasługa naszych pilotów, którzy wszystkie grupy przeprowadzili bezpiecznie z zagrożonej Jordanii na samolot w Egipcie.
Około 9:00 podjechały po nas autokary i przewiozły nas wraz z bagażami do portu w Aqabie.
Tam przeszliśmy odprawę wyjazdową z Jordanii. Potem wsiedliśmy na prom, który przeprawił nas do egipskiej Taby po drugiej stronie zatoki Morza Czerwonego.
Dość długo trwał odbiór bagażu, który obsługa promu osobiście przenosiła na brzeg.
Potem musieliśmy przejść odprawę wjazdową do Egiptu. Była to pełna procedura, czyli wypisywanie danych, prześwietlanie bagażu, zdejmowanie butów i pieczątki w paszporcie. Tak na oko było nas ze 200 osób, więc trochę to trwało. W porcie czekały autokary egipskie, które przewiozły nas na lotnisko w Tabie. Mieliśmy więc okazję po drodze poznać krajobraz półwyspu Synaj, taka korzyść.
Jeżeli ktoś zna lotnisko w Tabie to wie, że jest ono bardzo malutkie, a takich grup jak nasza było tam kilka.
Tam znowu czekały nas procedury związane z odprawą graniczną, nadanie bagażu i kontrola bezpieczeństwa.
Obsługa ciężko radziła sobie z taką ilością pasażerów, ale jesteśmy im i tak wdzięczni, że podjęli ten trud, a nie odesłali nas do przysłowiowego diabła. Ze znajdujących się tam kilkuset osób jakieś 20% znalazło miejsca siedzące. Jednak obsługa bardzo się starała i przynieśli na szybko parę ławek dodatkowych. Sklep bezcłowy sprzedawał jedynie alkohol, na szczęście tylko za gotówkę, bo inaczej towarzystwo mogłoby nieźle narozrabiać. Bufet nie działał, nie było żadnych automatów z czymkolwiek. Po dwóch godzinach przywieźli wodę i zaczęli sprzedawać, też za gotówkę. Gdyby tak samolot jednak nie poleciał i przyszłoby tam koczować, to nie wiem co by było. Dookoła pustynia, żadnych osiedli, transportu, nic. Na lotnisku nie działały tablice informacyjne ani megafony. Co jakiś czas człowiek donośnym głosem informował dokąd jest odlot. Np. wolał: Monako, Monako!!! Nie da się równocześnie wsiadać do więcej niż jednego samolotu, bo lotnisko ma tylko jedne schody. Wreszcie ok. 18:30 (czasu miejscowego) człowiek z obsługi zaczął wołać: Katowica! Katowica! i ruszyliśmy na płytę lotniska. Jakiś czas trwało jeszcze ładowanie bagażu i nareszcie wznieśliśmy się w powietrze. Było jeszcze ryzyko, że z jakiegoś powodu zwrócimy, ale dzięki Bogu tak się nie stało i ok. 20:30 już naszego czasu samolot wylądował w Katowicach.
I tak zakończył się nasz pomyślny powrót do kraju. Niestety, jak słychać, nie wszyscy Polacy mieli tyle szczęścia...






































































































































































































































































Pani Zosiu dziękujemy za piękną pamiątkę. Pozdrawiamy z Zielonej Góry.
OdpowiedzUsuńDziękuję i również pozdrawiam 😊
UsuńDziękujemy, pięknie wszystko opisane 😊
OdpowiedzUsuńZ Lublina pozdrawiają sąsiedzi z autokaru
Cieszę się, pozdrawiam serdecznie 😊
Usuń