Nad ranem 26 kwietnia 2026 roku zameldowaliśmy się w Pyrzowicach i rozpoczęła się nasza kolejna europejska wyprawa, tym razem Anglia Królewska zorganizowana przez Biuro Podróży Rainbow.
Z pewnym opóźnieniem wylądowaliśmy na lotnisku Londyn Luton, gdzie czekał na nas autokar, aby zawieźć nas do Windsoru.
Zaczęliśmy więc zwiedzanie iście po królewsku. Ten najstarszy zamek świata, wciąż będący czynną siedzibą królewską, jest częściowo udostępniony do zwiedzania. Komnaty, które się ogląda robią niesamowite wrażenie.
Nie możemy zilustrować naszej relacji zdjęciami, gdyż nie wolno ich tam robić. I w sumie słusznie, też bym nie chciała, żeby ktoś robił zdjęcia w moim domu i rozsyłał po świecie.
Sam Windsor to bardzo urocze miasteczko. Jedyna niedogodność to startujące dość często samoloty z pobliskiego lotniska Heathrow. Podobno jakiś Amerykanin wyraził zdziwienie, jak można było wybudować zamek tak blisko lotniska.
Następnie pojechaliśmy do pałacu z epoki Tudorów w Hampton Court. Najsłynniejszym mieszkańcem tej posiadłości był oczywiście Henryk VIII i jego sześć żon.
Bardzo interesujące były kuchnie z czasów tegoż Henryka. Wyposażenie komnat niestety nie zachowało się.
I kilka zdjęć z wnętrza
Pałac otoczony jest pięknymi ogrodami, gdzie odpoczywało w dzisiejszą niedzielę wielu odwiedzających.
Trafiliśmy też na kończący się już festiwal tulipanów, ale i tak było pięknie.
Tu już można było robić zdjęcia bez ograniczeń.
Przez kolejne dwa dni będziemy nocować w hotelu położonym w dzielnicy Wembley, tuż obok słynnego stadionu. Trochę długo jechaliśmy do naszego hotelu, gdyż akurat skończył się mecz Chelsea - Leeds, półfinał Pucharu Anglii i kibice właśnie opuszczali stadion. Ale czego się nie poświęci dla piłki nożnej.
Kolejny dzień trzeba nazwać londyńskim maratonem. Niektórym w aplikacjach naliczyło się 21 tysięcy kroków!
Nie korzystaliśmy z naszego autokaru, a przesiedliśmy się na metro i w ten sposób dojeżdżaliśmy do zaplanowanych punktów zwiedzania. A było ich naprawdę sporo.
Zaczęliśmy od pałacu Buckingham, gdzie znowu trafiliśmy na ogromne tłumy turystów.
Potem spacer po przylegających do niego ogrodach.
A to angielska kurka wodna :)
Następnie dotarliśmy do Opactwa Westminster, gdzie niestety musieliśmy dość długo czekać na wejście w bardzo długiej kolejce. Na wprost kościół św. Małgorzaty.
Czekając zajrzałam do kościoła św. Małgorzaty.
No i doczekaliśmy się wejścia do katedry. Zwiedzanie ułatwiał zestaw audiowizualny, lecz to i tak pozwoliło jedynie na bardzo pobieżne poznanie tego przeogromnego obiektu. Nie wiem czy cały dzień by wystarczył.
Tego dnia czekała nas jeszcze jedna atrakcja, czyli rejs po Tamizie. Nie ukrywam, że takie rejsy to nasze ulubione sposoby zwiedzania. Można z pokładu takiej większej czy mniejszej łajby, w dodatku przy kawce, zobaczyć bardzo dużo i wygodnie.
Zanim dotarliśmy na wycieczkowy stateczek mogliśmy po drodze zobaczyć sporo londyńskich perełek z Big Benem i London Eye na czele, czyli połączenie dawnych czasów z teraźniejszością.
A potem już panorama uchwycona w czasie rejsu, który zakończył się przy Tower Bridge.
A skoro byliśmy w tej części miasta to wiadomo - trzeba zwiedzić twierdzę Tower. To także obiekt, na którego zwiedzanie przydałoby się więcej czasu, ale nasz londyński przewodnik i tak przekazał nam bardzo dużo ciekawych informacji.
Jeżeli chodzi o wnętrza, to oczywiście obowiązkowo obejrzeliśmy Skarbiec, gdzie szczególnie interesujące są insygnia koronacyjne.
Łatwo się domyślić, że tu robienie zdjęć także było zabronione.
I to wcale nie był koniec naszego dreptania po Londynie. Dotarliśmy jeszcze na uroczy Leicester Square przechodząc przez dzielnicę chińską,
potem Soho i Piccadilly.
Naprawdę nie było wiadomo gdzie oczy obrócić i co fotografować. Zwieńczeniem dnia była kolacja w klimatycznym pubie, gdzie podano tradycyjne fish and chips.
Wtorek w stolicy Anglii spędziliśmy bardzo intelektualnie, gdyż praktycznie cały dzień przeznaczony był na muzea. Tradycyjnie metrem podjechaliśmy do dzielnicy South Kensington w okolice słynnego Muzeum Wiktorii i Alberta, założonego w roku 1852.
I znowu trzeba stwierdzić, że aby w miarę dokładnie obejrzeć wszystko, trzeba rozłożyć zwiedzanie na wiele godzin. Stała kolekcja liczy ponad 4,5 mln eksponatów pochodzących z całego świata. Jednak chyba największe wrażenie sprawia kolekcja zabytków, które raczej kojarzymy z zupełnie innymi miejscami, zwłaszcza w Europie. A są to po prostu naturalnej wielkości repliki słynnych posągów, ołtarzy, grobowców czy innych obiektów.
Najbardziej zaskakująca jest Kolumna Trajana, której replikę przecięto na pół, żeby zmieściła się w najwyższym pomieszczeniu.
I jeszcze inne kolekcje:
Kolejny kierunek to równie wiekowe londyńskie Muzeum Nauki.
Inspiracją do jego założenia była zorganizowana w Londynie w 1851 roku Światowa Wystawa, która cieszyła się ogromnym zainteresowaniem. Postanowiono więc stworzyć instytucję, która na stałe będzie pokazywać osiągnięcia techniki. Muzeum prowadzi także działalność oświatową, a uczestnicy wycieczek szkolnych to stali bywalcy tego muzeum.
Bardzo ciekawa jest oferta muzealnego sklepu:
No i trzecie słynne muzeum w tej dzielnicy to Muzeum Historii Naturalnej, którego otwarcie nastąpiło w 1881 roku, a liczy obecnie 70 mln eksponatów.
Mając pół dnia na trzy tak wielkie muzea można jedynie zwiedzić je bardzo powierzchownie. Ale i to jest bardzo cenne. Naprawdę warto poświęcić czas na te londyńskie muzea, zwłaszcza że wstęp do nich jest bezpłatny.
Będąc w przepięknej dzielnicy Kensington nie można odmówić sobie przyjemności zajrzenia do ogrodów, gdzie przede wszystkim trzeba obejrzeć monumentalny pomnik księcia Alberta, małżonka królowej Wiktorii. No trzeba przyznać, że jest naprawdę okazały.
no i oczywiście słynny Royal Albert Hall
Niedaleko jest także słynny Hyde Park, jednak to już chyba przy innej okazji.
Kończąc dzisiejsze zwiedzanie mieliśmy także okazję przystanąć na Trafalgar Square
oraz pod siedzibą premiera na Downing Street.
A kolejnego dnia intelektualnej podróży po Anglii ciąg dalszy, czyli przedpołudniowa wizyta w Oxfordzie.
To miasto malowniczych wież jest siedzibą najstarszych angielskojęzycznych uniwersytetów na świecie. Koniecznie trzeba odwiedzić ten najstarszy Univ, który powstał w 1249 roku,
a także te młodsze, zwłaszcza Balliol College i Merton College.
W Oxfordzie znajduje się też najstarszy w Wielkiej Brytanii ogród botaniczny założony na początku XVII wieku i ten obejrzeliśmy już we własnym zakresie.
Oxford posiada specyficzną atmosferę typową dla miast uniwersyteckich o długiej historii, a przy słonecznej aurze chłonie się ją z jeszcze większą siłą.
Następnie, po przeszło godzinnej jeździe, dotarliśmy do miasta, również z bogatą historią, czyli Bath. Łatwo się domyślić, że nazwa musi mieć związek z kąpielami i tak właśnie jest. W okresie panowania Rzymian w tej części Wielkiej Brytanii odkryto tutaj źródła termalnych wód leczniczych, które były już wcześniej czczone przez Celtów. Rzymianie założyli w tym miejscu uzdrowisko Aquae Sulis oraz świątynię na cześć bogini Minerwy. Budowla częściowo przetrwała i obecnie dość dobrze zachowany kompleks przeznaczony jest do zwiedzania.
Miasto w ogóle szczyci się piękną architekturą w stylu gregoriańskim. Jako kamienia budowlanego używano głównie żółtawego piaskowca. Nasza grupa skorzystała z kilkudziesięciuminutowej przejażdżki odkrytym, piętrowym autobusem po Bath, więc mogliśmy się przyjrzeć różnym zakątkom miasta.
I tu na nasze pocieszenie trzeba nadmienić, że nie wszystko w Bath wygląda idealnie. Wiele budynków można powiedzieć, "błaga" o jak najszybszy remont. Jak widać nie tylko w Polsce starsza zabudowa ulega degradacji.
Trzeba przyznać, że nasza angielska wycieczka była bardzo dobrze skomponowana. Kolejny dzień spędziliśmy w całości na łonie natury, co przysporzyło zupełnie innych wrażeń niż dotychczasowe zwiedzanie miast. Trochę więcej czasu zajął nam dojazd, lecz pozwolił za to na podziwianie przepięknych krajobrazów. Wiosna w Anglii była w pełnym rozkwicie, zielona i kolorowa od bzów, kasztanów i innych przepięknych kwiatów. W Polsce trzeba było na to jeszcze poczekać.
Około 10 dotarliśmy w okolice słynnego, owianego legendami kręgu Stonehenge.
Sądziliśmy, że wysiądziemy z autokaru, porobimy zdjęcia i jedziemy dalej. A okazuje się, że to jest bardzo dobrze zorganizowane przedsięwzięcie. Parkingi oraz centrum z tematyczną ekspozycją, punkty handlowe, restauracyjne i toalety znajdują się w dość znacznym oddaleniu od tajemniczego kręgu, więc nie psują widoku.
Odległość można przejść półgodzinnym spacerem lub podjechać nieco bliżej bezpłatnymi autobusami. W jedną stronę poszliśmy pieszo, z powrotem skorzystaliśmy z podwózki, żeby mieć więcej czasu na zwiedzanie ekspozycji i pobuszowanie w firmowym sklepie. Dla nas wizyta tutaj była szczególnie istotna, gdyż akurat czytaliśmy najnowszą powieść jednego z naszych ulubionych autorów - Kena Folleta "Kamienny krąg", której akcja toczy się w czasach, gdy powstawała ta niesamowita budowla.
Potem dwie godziny jazdy wśród sielskich krajobrazów do hrabstwa Dorset, położonego u południowych wybrzeży Anglii.
Tu czekało nas dość wymagające zejście, jak najbliżej plaży, aby podziwiać zaliczany do cudów natury łuk Durdle Door.
Naprawdę warto podjąć ten wysiłek i zobaczyć ten fantastyczny kawałek wybrzeża.
Widać obuwie nie dało rady :)
Z hrabstwa Dorset wróciliśmy ponownie do Londynu, gdzie następnego dnia czekały nas ostatnie atrakcje w tym wielomilionowym mieście.
Większość czasu poświęciliśmy na zwiedzanie British Muzeum, oczywiście znowu bardzo pobieżnie. Wstęp do tego, jednego z największych muzeów na świecie, jest również bezpłatny. Początki muzeum sięgają połowy XVIII wieku, a jego zbiory obejmują 8 mln eksponatów.
Zajrzeliśmy także do pobliskiego kościoła katolickiego pw. św. Patryka,
a potem skorzystaliśmy z komercyjnej przejażdżki London Eye, czyli wielkim tzw. diabelskim młynem, symbolem nowego tysiąclecia.
Jak łatwo się domyśleć, niezmierne tłumy turystów cierpliwie czekają, aby wsiąść do klimatyzowanej kapsuły i odbyć trzydziestominutowy obrót.
Myślę, że będąc w Londynie trzeba skorzystać z takiej atrakcji.
No i jeszcze szybka kawa, churros z czekoladą na deser, powrót do hotelu w Wembley i jazda na Luton.
Na zakończenie jeszcze trochę ciekawych informacji z pobytu na terenie Anglii. Poruszanie się po jej stolicy, Londynie, umożliwiało nam przede wszystkim metro oraz własne nogi, więc może trochę na ten temat.
Londyńskie metro, najstarsze na świecie, to sieć licząca 402 kilometry tras, 11 linii i 272 stacje. Według statystyk codziennie korzysta z tego rodzaju transportu ponad 3,5 mln podróżnych. Potrzeba szybkiego dotarcia do zaplanowanego miejsca wymaga dobrej orientacji w możliwych kombinacjach. Nam było łatwiej, bo był z nami pilot. Jednak postawieni przed koniecznością samodzielnego poruszania się też dalibyśmy radę. W metrze spotyka się ludzi różnych nacji, w różnym wieku, pogodnych i zmęczonych, różnie ubranych, ale najczęściej poruszających się bardzo szybko. W wagonach starają się błyskawicznie zająć miejsce siedzące, rzadko proponując ustąpienie tegoż miejsca np. komuś starszemu. A potem obowiązkowo nos w telefon. Podczas przesiadek z jednej stacji do drugiej podróżni niemal biegną. Stąd zwyczajowo ci, którzy spokojnie jadą ruchomymi schodami ustawiają się po prawej stronie, a te "zające" biegną lewą.
Z kolei zwyczaje panujące na ulicach też są nieco inne niż u nas. Niby jest sygnalizacja świetlna, są pasy na przejściach, ale na czerwonym też można przechodzić, aczkolwiek na własną odpowiedzialność. No cóż, co kraj to obyczaj. Jakoś przeżyliśmy.



































































































































































































































.jpg)






























