środa, 31 grudnia 2025

Quo vadis Algierio?

Każdego roku jesienią staramy się wybrać jakiś ciekawy, zagraniczny kierunek. Tej jesieni, dokładnie między 22 a 29 września 2025 roku, wybór padł na największe afrykańskie państwo, Algierię. 

 


Jak zwykle skorzystaliśmy z pośrednictwa Biura Podróży Rainbow, które zorganizowało wszystkie niezbędne formalności umożliwiające wjazd do tego bardzo hermetycznego kraju. To wcale nie takie oczywiste, że otrzyma się wizę, a potem bez problemów przekroczy granicę. Tym bardziej to skomplikowane, gdyż samolotem z Polski docieramy najczęściej do Tabarki w Tunezji i dopiero potem, specjalnie podstawionym autokarem algierskim osiągamy cel podróży. Tych, którzy chcieliby zorganizować wyjazd we własnym zakresie ostrzegam, że będzie to nie lada wyzwanie.

Zanim wyruszymy do celu głównego, zapraszam do tunezyjskiej Tabarki :)








A teraz...

 


Algieria to Republika Demokratyczna, od 1962 roku niepodległa, gdzie rządzi prezydent przy wsparciu wojska. I to się widzi i czuje na każdym kroku. Odprawa graniczna autokaru z zagranicznymi turystami trwa przeciętnie 5 godzin, ale może też trwać 8. Służby graniczne zbierają paszporty i wcześniej przygotowane wizy. Nasza grupa liczyła ponad 40 osób, a każda wiza musi być ręcznie wpisana do każdego paszportu, więc to trwa. Mimo wszystko formalności załatwione zostały w 3,5 godziny. Ale nie cieszmy się, że teraz możemy swobodnie jechać do planowanych punktów zwiedzania. Każdemu autokarowi przydzielona jest policyjna eskorta. To ma zapewnić ochronę przed ewentualnymi atakami terrorystów oraz ułatwić przejazd. Jest to też jakiś rodzaj kontroli nad nami. Niestety podróżowanie pierwszego dnia na terenie Algierii w żadnym wypadku nie było ułatwione, a wręcz przeciwnie. Jechaliśmy około 30 kilometrów pod eskortą policji i nagle inny patrol nas zatrzymuje. Po pół godzinie okazało się, że jakiś generał nie dał zgody na naszą jazdę i czekamy na telefon. No i zawrócili nas na granicę, teraz już z dwoma radiowozami. Po 10 minutach znowu zawracamy i jedziemy tam gdzie trzeba. Dalej z eskortą oczywiście.

Algieria dzieli się na 48 prowincji, te z kolei na prefektury i dalej na gminy. Tych ostatnich jest 1541. Na granicy każdej gminy przejmował nas inny patrol, ale czasem na zmiennika czekało się nawet pół godziny. W efekcie przepadło nam zaplanowane na pierwszy dzień (na terenie Algierii) zwiedzanie przepięknej Konstantyny. Podjechaliśmy tylko pod Monument upamiętniający poległych w I wojnie światowej.

 


Przewodnik obiecuje, że na koniec jeszcze tu wrócimy. Tak więc podróżowanie to nie tylko zwiedzanie, ale także poznawanie lokalnej rzeczywistości i to też jest bardzo cenne. A tu będzie co poznawać.

Wyglądało na to, że początkowe  problemy za nami i następnego dnia udało się w pełni zrealizować zaplanowany program. Po lekkim, francuskim śniadaniu wyruszyliśmy w drogę z hotelu w Konstantynie w asyście podwójnej eskorty, chyba już przydzielonej na stałe. 



Pierwszym punktem zwiedzania było starożytne, założone przez Rzymian miasto Timgad.

 Oczywiście dziś są to już tylko ruiny, ale bardzo rozległe i interesujące. To stanowisko archeologiczne nazywane jest afrykańskimi Pompejami. 














Po drodze zatrzymaliśmy się na niewielkiej stacji benzynowej, takiej w totalnie prowincjonalnym stylu. Oprócz dystrybutora był tu sklep, myjnia, toalety oraz sala modlitewna. 








Zachęcam do obejrzenia aut, jakie akurat tankowały. 



Z Timgadu pojechaliśmy w kierunku niezwykłego kanionu rzecznego Rhoufi, porównywanego z Wielkim Kanionem w USA. Zanim przyszło nam podziwiać ten cud natury, zjedliśmy lunch w restauracji berberskiej. Gdy tylko wysiedliśmy z autokaru artyści przywitali nas muzyką i śpiewem i zaprowadzili do wyściełanej dywanami sali, gdzie podano regionalne przysmaki. 



 


Tylko nieliczni załapali się na taboreciki, większość siedziała na poduchach. 



Przy restauracji były także sklepiki z rękodziełem i pięknymi berberskimi sukienkami oraz dodatkami.




No a kanion robi niesamowite wrażenie. W wykutych w skale pomieszczeniach jeszcze do niedawna mieszkali ludzie, obecnie została jedna kobieta... 





Tego dnia nocowaliśmy w bardzo wygodnym hotelu Maurice Laban w miejscowości Biskira.


I jeszcze taka algierska ciekawostka. Otóż tablice rejestracyjne w Algierii czyta się oczywiście od prawej i dwie pierwsze cyfry to numer prowincji, a dwie następne podają rok produkcji w skrócie. Tak więc ten pierwszy, wczoraj napotkany na stacji benzynowej samochód to rocznik 89, a drugi 86. Piąta cyfra to rodzaj samochodu. Osobowe mają 1, a np. autokary 4. Nasz autokar to nówka. A tablice, te z przodu są białe, a z tyłu żółte.

Kolejnego dnia okazało się, że chyba pochwaliliśmy nasze eskorty w złą godzinę, gdyż ponownie spowodowali sporo opóźnień w realizacji naszego programu. Ale to Algieria, gdzie moim zdaniem prezydent, będący równocześnie premierem, jest bardzo zachowawczy w swoich działaniach. Abd al-Madżid Tabbun w listopadzie skończy 80 lat, a w grudniu ub. roku został wybrany na drugą, pięcioletnią kadencję. Zdecydowanie dla tej grupy trzymającej władzę podstawą gospodarki jest ropa i gaz. Zresztą eksport tych surowców to prawie 90% sprzedaży zagranicznej. Pozostałe to, o dziwo, wyroby metalurgiczne, a także nawozy azotowe, materiały budowlane, cytrusy, daktyle czy orzechy. Kiedy tak jedziemy przez tę dolną część algierskiej północy, to nie widzi się za wiele upraw poza palmami daktylowymi i w mniejszej ilości oliwkami. 

 

 

Spotykamy jeszcze stada owiec i nieco bydła. Na targowiskach sprzedaje się dużo warzyw i owoców, lecz to wszystko zaspokaja potrzeby krajowe. 

 


 

Wszak mieszkańców jest tu ok. 46 mln, a przyrost naturalny na poziomie 1,2 %, czyli rocznie z pół miliona ludzi na plus. A głodni nie chodzą.

 

 

Bezrobocie ogólnie wynosi 11-12 %, ale wyższe jest w grupie ludzi młodych, bo aż 24-25%. No ciekawy ten kraj, ale taki trochę kolos na glinianych nogach.

Tego dnia krążyliśmy również w obrębie bardzo bogatego w atrakcje miasta Bu Sa'ada. Spacerowaliśmy po zabytkowej medynie,









weszliśmy do meczetu z 12 wieku, 

 





a także zwiedziliśmy galerię założoną w domu artysty malarza Nasra Eddine'a Dineta. 







Jego obrazy znakomicie oddają koloryt algierskiej prowincji. 






Mieliśmy czas na zakupy w miejscowej galerii, w której sprzedaje się wyłącznie rękodzieło. 

 





Na koniec, przed wyruszeniem na północ, w kierunku Algieru, zjedliśmy lunch w bardzo malowniczej restauracji z ogrodem i basenem, przy akompaniamencie regionalnych muzyków.




Piątek to u muzułmanów dzień świąteczny, więc też wyjeżdżali w różne ciekawe miejsca.

Tak jak nas uprzedzano, wzbudzaliśmy wszędzie gorący entuzjazm. Pytali nas na każdym kroku skąd jesteśmy, a często padało nazwisko Lewandowski.


 

Eskorty radiowozowej nie mieliśmy, ale w każdym miejscu czekali na nas mundurowi i tajniacy. Doskonale było wiadomo, którzy to są.


Zwykli ludzie, spotykani w muzeach czy na ulicy są bardzo mili i myślę, że oni na pewno chcieliby u siebie więcej turystów. Widać, że wbrew rządowej tendencji starają się swój kraj promować.

Przykładowo, po dzisiejszej kolacji w regionalnej restauracji każdy dostał obraz malowany piaskiem, charakterystyczny dla tego regionu. Obdarowali 48 osób, to naprawdę wiele znaczy.

 

 


Ten świąteczny dzień spędziliśmy głównie na terenie stolicy, choć zaczęliśmy od leżącego na obrzeżach Cherchell, miasta założonego jeszcze przez Fenicjan pod nazwą Iol, a które później przejęli Rzymianie i nazwali Caesareą. 



Tam zwiedzaliśmy muzeum głównie z pozostałościami rzymskimi.

 









Następnie pojechaliśmy do Tipazy, stanowiska archeologicznego z czasów również rzymskich. 

 


Przypadkowo odkryli to miejsce, pięknie położone nad morzem, Francuzi jeszcze w 19 stuleciu. Zestawienie tych ruin z morzem w tle było fantastyczne.








Kolejny przystanek to prawdopodobne Mauzoleum Mauretańskie króla Juby II. 



Obiekt budowano jako mauzoleum, ale nie znaleziono tam żadnych szczątków. Jednak budowla imponująca.




A potem już tylko Algier. Najpiękniejsze jest centrum z zabudową z czasów francuskich. 













Lecz odbyliśmy też spacer po starej medynie, 

 








a nawet mieliśmy poczęstunek w jednym z prywatnych domów. 

 






Okazuje się, że Algier ma też metro. Była okazja przejechać jeden przystanek.

 





Potem spacer po miejscowym Ogrodzie Botanicznym, 








a kolejna przejażdżka odbyła się odkrytym autokarem, gdzie przez godzinę podziwialiśmy panoramę miasta. 



Podjechaliśmy też pod najwyższy obecnie na świecie Wielki Meczet w Algierze. Jego wysokość wynosi 265 m.






Mogliśmy też zobaczyć z bliska Pomnik Chwały i Męczeństwa Algieru odsłonięty w 1982 roku i zaprojektowany przez Polaka Mariana Koniecznego.



Końcówka przejazdu pozwoliła nam podziwiać oświetlony Algier. 





Nasz hotel, w którym przyszło nam nocować, również był na bardzo wysokim poziomie.

 








Realizacja naszego programu ulegała ciągłym zmianom, gdyż przewodnik chciał nas koniecznie przywieźć do Konstantyny, którą musieliśmy sobie odpuścić na początku wycieczki z powodu problemów z eskortami policyjnymi. I faktycznie, byłaby to wielka strata nie widzieć tego miejsca. Wczoraj, po opuszczeniu Algieru, najpierw pojechaliśmy do Djemili obejrzeć bardzo malowniczo położone stanowisko archeologiczne. Miejsce to zaczęli budować Rzymianie u podnóża rozległego wzgórza, a w wyższej części kontynuowało Bizancjum. Obrazowo przedstawia tę przestrzeń makieta w miejscowym muzeum. 

 



W muzeum wystawione są cenne, oryginalne wykopaliska, a przede wszystkim wyeksponowane na ścianach mozaiki. 




Przeszliśmy następnie trasę biegnącą po rzymskim i bizantyjskim mieście. 






 

A potem już Konstantyna, której zwiedzanie zaczęliśmy od spaceru w centrum miasta, gdzie od placu centralnego rozchodzą się uliczki handlowe. 



My akurat przeszliśmy dwie takie, gdzie głównie znajdowały się sklepy z tkaninami, pasmanterią i gotowymi sukniami dla muzułmanek. Feeria złota i kolorów. 

 





Potem warty obejrzenia Pałac Ahmeda Bey'a, stanowiący częsty plener filmowy lub miejsce bankietów.






Konstantyna to miasto - forteca ulokowane nad skalnymi przepaściami rzecznego przełomu. 







Do centrum miasta można się dostać jednym z pięciu mostów. My również przeszliśmy mostem i pod mostem, a chętni mieli możliwość dostać się na dno jednego z wąwozów. 




Warto nadmienić, że po Konstantynie można także przemieszczać się kolejką linową. 

 




Na koniec dostaliśmy się z jednej z kładek schodami na trzecią kondygnację budynku, gdzie zjedliśmy regionalne dania na kolację. Jednak kolejny raz burek, czorba i kurczak z kuskusem to już trochę za wiele, jak na nasze żołądki. Mnie osobiście bardziej smakują zapiekanki, trochę przypominające lasagne lub grecką musakę. Desery były też na bazie kuskusu.

 






Nocleg ponownie mieliśmy w Konstantynie w bardzo wygodnym hotelu.

Święty Augustyn to postać, o której częściej się mówi i pisze odkąd mamy na papieskim urzędzie augustianina Leona XIV. Mieliśmy ogromne szczęście, że akurat na niedzielę program przewidział dla nas zwiedzanie Hippony, obecnie Annaby, gdzie Augustyn spędził lata 396-430.

Zanim jednak pojechaliśmy do Hippony, mieliśmy okazję wejść do Meczetu Emira Abdelkadera w Konstantynie. Jest to jeden z największych meczetów na świecie, ukończony w 1994 roku. Mieszczą się tu także szkoły koraniczne. Odwiedzających obowiązują zasady odpowiedniego stroju, więc sporo osób musiało się przebrać.









No i potem już Hippona Świętego Augustyna Pomimo że były to tylko 34 lata jego życia, był to bardzo ważny dla niego czas. Przybył tutaj aby założyć klasztor, a ostatecznie został biskupem. Po Hipponie zostały już tylko wykopaliska, nie ma katedry w której był biskupem. Ale jest nowa katedra, której budowę w swojej algierskiej kolonii w 1900 roku ukończyli Francuzi. Przepiękna świątynia góruje nad starożytną Hipponą, aby Augustyn mógł spoglądać na swoje miejsce posługi kapłańskiej.


 











Trzeba również nadmienić, że do tego miejsca pielgrzymują katolicy i protestanci, lecz nie jest ich dużo. Algieria nie tak łatwo daje wizy cudzoziemcom. Bywa i tak, że ktoś ją ma, a z niewiadomego powodu zostaje ona na granicy anulowana. Przyczyną może być np. wcześniejsza działalność dziennikarska na terenie Francji.






Starożytna Hippona była ostatnim punktem naszego zwiedzania. Zanim znaleźliśmy się na granicy, mieliśmy jeszcze okazję wydać ostatnie dirhamy w centrum Annaby.





 

Przy przekraczaniu granicy algiersko – tunezyjskiej mieliśmy wrażenie, że tym razem skrupulatne sprawdzanie miało na celu nie dopuszczenie, aby jakiś Algierczyk podszył się pod nas. Najpierw było sprawdzanie osoby z paszportem, potem zabrali nam paszporty i wbili pieczątki wyjazdowe. Następnie jeszcze raz sprawdzanie osoby, paszportu i pieczątki.

Przy granicy są trzy bardzo skromne sklepiki, gdzie można kupić napoje, papierosy czy przekąski. Jest też toaleta, ale wczoraj ją zamknęli. Zapytany o powód jeden ze sprzedających tylko wzruszył ramionami. A stan toalet w Algierii to osobny temat. Z tej na granicy korzystaliśmy, gdy wjeżdżaliśmy do Algierii i to był po prostu dramat. Teraz pewnie padła na amen.

Tak myślę, czy to nie był ostatni moment tego naszego wyjazdu do Algierii. Warto poczytać  teksty PAP o zacieśniających się stosunkach algiersko – rosyjskich. Jeżeli te scenariusze się spełnią, to również wyjazdy do Maroka i Tunezji, a nawet Egiptu mogą ucierpieć.

Już po powrocie z wyprawy do Algierii zastanawiam się, czy polecać znajomym taką podróż. Nasza grupa liczyła prawie 50 osób, a wiek uczestników zamykał się w przedziale mniej więcej 25 - 89 (!) lat. W zdecydowanej większości to nie byli ludzie, którzy znaleźli się tu przypadkowo. Oni liczą odwiedzone przez siebie państwa nie na palcach jednej ręki, ale w dziesiątkach! Uczestnicy musieli mieć końską kondycję, bo trzeba było bardzo wcześnie wstawać, dużo chodzić po kamienistych ścieżkach, pod górkę, po schodach, wąskimi uliczkami medyn i się nie zgubić! Do tego wytrzymać duże tempo i długotrwałą jazdę autokarem. Jest to bardzo trudna wycieczka, którą wytrzymają osoby zdecydowane na zwiedzanie kolejnych państw świata bez względu na warunki, które tam panują. Takie kraje jak Maroko, Tunezja czy Egipt przyjmują wielu turystów. Przygotowane dla nich miejsca to najczęściej dobrze zorganizowane i utrzymane tzw. resorty. Turystów wozi się utartymi trasami i owszem, widać tu i ówdzie brak porządku czy walające się śmieci, ale sanitariaty na postojach jakoś ujdą, a nawet są zupełnie w porządku. W Algierii takich nie znajdziecie. Dominują zdecydowanie toalety typu arabskiego, czyli otwory w podłodze. Do tego jest do dyspozycji wiadro i czerpak, ale bywa, że po prostu nie ma wody. Tak jest na stacjach benzynowych, przy kawiarniach, basenach czy restauracjach. Nikt tego nie sprząta, nie myje, nie usuwa śmieci. A te walają się niemal wszędzie. 

 


 

Nawet w dużych miastach nagle widzi się pustą działkę, a na niej zwały składowanych śmieci. Nie wiem czy zamierzają to kiedyś wywieźć czy zakopać i postawić na tym dom? Sterty śmieci na poboczach, dzikie wysypiska - to codzienne obrazki z okien autokaru. To nieprawdopodobne, że władze nie są w stanie nad tym zapanować i jakoś systemowo przeorganizować. Mają środki na najróżniejsze dofinansowania socjalne do mieszkań, do leków, do wyprawek szkolnych, itp. Czy wyobrażacie sobie, że pozwala się Algierczykom wyjeżdżać na wypoczynek do Tunezji i każdy dorosły, który jedzie po raz pierwszy dostaje 750 euro na swoje wydatki, a na dziecko 300? Nieprawdopodobnie.

Zapytaliśmy naszego miejscowego przewodnika ile kosztuje wynajem mieszkania. A on na to, że po co wynajmować? Jak ktoś potrzebuje mieszkania, to je dostaje. A jak ma niskie dochody, to nawet za nie nie płaci. I to fakt, bo w Algierii buduje się nieprawdopodobnie dużo wielopiętrowych domów mieszkalnych. 

 



Wiele osiedli stoi w stanie gotowym czekając na zasiedlenie. Nigdzie indziej czegoś takiego nie widzieliśmy. Na terenie Algierii mieszkaliśmy w czterech hotelach. Wyposażenie każdego z nich było na przyzwoitym poziomie. Pokoje były czyste, klimatyzowane, w łazienkach porządne ręczniki i kosmetyki. Jednak w prawie każdym były usterki, których nikt na bieżąco nie usuwa. Nagminnie urwane sedesy, rozlatujące się słuchawki prysznicowe czy suszarki, piloty do telewizorów lub lampy. To wszystko wymaga drobnych napraw, ale nikt o to nie dba. Jak wspominałam bezrobocie wśród młodych sięga 24%. Młodzi mężczyźni snują się bez celu, bo po co iść pracować, jak wszystko dostaną na tacy. Jeżeli ktoś jest bezdomny to z wyboru. Tu żebrzą wyłącznie imigranci z centralnej Afryki. 



Ale nasuwa się pytanie, czy taki młody Algierczyk bez pracy dałby radę takim usterkom.

System szkolny w Algierii jest trzystopniowy. Najpierw pięcioletnia szkoła podstawowa, potem czteroletnia niższa szkoła średnia. Z uwagi na to, że obowiązek szkolny jest do 16 roku życia, to akurat na tym wielu młodych Algierczyków kończy edukację. 

 


 


Nie mają motywacji do dalszej nauki. A mogą ją kontynuować dwutorowo. Albo czteroletnia wyższa szkoła średnia zakończona czymś podobnym do naszej matury, albo szkoła ucząca zawodu trwająca 2-4 lat. Ta druga nie daje podstawy do podjęcia studiów. A wyższych uczelni jest sporo, aczkolwiek o różnych poziomach. Fachowców więc brakuje na każdym kroku. Np. drogi w Algierii budują Chińczycy. Dziwi to kogoś? No i te niepokojące informacje o zacieśniających się stosunkach między Algierią i Rosją. Rosja bardzo chętnie włączyłaby się w konflikt między Algierią i Marokiem, przy okazji korzystając z algierskich portów. Miałoby to na celu osłabienie wpływów NATO w obrębie Morza Śródziemnego. Już wysłani zostali doradcy wojskowi.

Ja w każdym razie bardzo się cieszę, że tu byłam. Spotykała nas na każdym kroku życzliwość i serdeczność prostych ludzi. Mam nadzieję, że czarne scenariusze się nie spełnią i Algierczycy odnajdą dla siebie najlepszy wariant życia. Na razie nie wiadomo: Dokąd zmierzasz Algierio?

 

 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz